Przejdź do treści

Po godzinach: „Halny”

Miało być „nowohucko”, a wyszło, jak zawsze. Książka reklamowana jako zbiór opowieści mocno ocierających się o Nową Hutę finalnie przynosi nam tylko kilka miejsc, które możemy znać- Stylową, Dom Wędkarza przy zalewie, park przy szpitalu Żeromskiego oraz lasek wokół kopca Wandy. W tej pierwszej toczy się opowieść o zespole jedno z bohaterów, na Dom Wędkarza wspina się ojciec drugiego, a strome schody powodują, iż jest to wyprawa rodem z tej na K2, przy szpitalu Żeromskiego zaczyna się tytułowa saga „Halny”, a historii przy kopcu Wandy lepiej nie czytać.

Jak na Nową Hutę to delikatnie mało.

Sama książka to mocna opowieść slangowa o żyjących tutaj ludziach. Dziwnie się składa, iż wszyscy, których spotykamy ocierają się o patologię, ale Nowa Huta nie powinna się tutaj zbytnio na ten fakt obrażać, bo jak już wspomnieliśmy, Nowej Huty w tej książce niewiele.

Niewiele też zostaje w głowie po przeczytaniu owego występku Igora Jarka. Owszem język slangu przynosi nam wiele barwnych porównań, z których kilka jest naprawdę humorystycznych, ale na większą zadumę nie ma co liczyć. Niby opisane postacie są w teorii barwne, mają trudne dzieciństwo, skrajnie trudne rodzinne relacje, ale z żadnym nie łapiemy praktycznie kontaktu. Jedyny plus, iż najbardziej pojebana historia w tej książce jest udziałem gościa wydzierającego się „Wisła Kraków”.